Beta kolejny raz wyszczerzył na niego kły. Wielkie niczym sztylety zęby wyglądały imponująco – żaden z wilków w stadzie nie mógł się z nimi mierzyć, szczególnie on. Ewentualna próba zdominowania Drugiego W Stadzie po prostu musiała skończyć się porażką.
Przypadł zadem do ziemi, zawijając ogon pod brzuch. Zadarł lekko łeb i mrużąc oczy spróbował polizać górującego nad nim napastnika po pysku, prosząc go w ten sposób, aby mu odpuścił. Beta kłapnął jednak zębami, a kiedy omega próbował się wycofać, złapał go za kark i szarpnął kilka razy.
Ostry zapach krwi i głośne skomlenie zwróciło uwagę stada. Wilczyca alfa wysunęła się na przód i krótko warknęła, marszcząc przy tym złowrogo nos. Beta puścił kark ofiary i odszedł, zlizując po drodze świeżą posokę z warg. Sierść na jego grzbiecie wciąż była mocno zjeżona, kiedy kładł się obok alfy.
Omega leżał na trawie, popiskując cicho. Czuł, jak po jego grzbiecie spływają strużki ciepłej cieczy. Ból oraz strach nie pozwalały mu się poruszyć, ale tak naprawdę nie miało to znaczenia. Dla reszty stada był niczym pył na wietrze, zupełnie nieistotny. A więc leżał tam, a pozostałe wilki omijały go szerokim łukiem, chociaż rozpaczliwie potrzebował pomocy, bliskości. Jakiejkolwiek oznaki, że przynależy do stada.
Przydawał się jedynie jako osobnik do wyładowania stresu czy frustracji i taką właśnie miał rolę. Nie był ani zbyt silny, ani zbyt bystry, aby móc konkurować z innymi. Tak naprawdę powinien być wdzięczny, że go nie odrzucili, bo dzięki nim miał co jeść. W grupie jest też bezpiecznie…
A jednak nie był wdzięczny. Czuł się źle. Beta codziennie go upokarzał. Ostatnimi czasy jego ataki stały się częstsze i bardziej agresywne, prawie zawsze kończyły się okropnym bólem. Rany coraz gorzej się goiły, bo nie miał kiedy odpocząć – inne wilki potrafiły go zaczepiać nawet nocą. Dostawał też mniej jedzenia. Zdarzały się dni, kiedy nic mu nie zostawiali, przez co słabł. Wiedział, że jeżeli nic się nie zmieni, umrze.
Dźwignął się na nogi dopiero, gdy na niebie zagościł księżyc. Instynkt nie pozwolił mu trwać w miejscu. Powinien żyć w stadzie, taka była jego natura. Ale stado nie darzyło go szacunkiem ani miłością, nie miał w nim nikogo bliskiego. Dlatego zdecydował się odejść, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Wiedział, że nikt nie będzie go ścigał – jego zniknięcie nie wzbudzi emocji. Po prostu o nim zapomną. A kiedy beta znowu poczuje potrzebę wyżycia się na kimś, w stadzie pojawi się nowy omega.
Kto nim będzie? To go już nie obchodziło.
Szedł powoli, a zmarznięte liście chrzęściły pod jego łapami. W ciągu dnia śnieg topniał, ale nocą temperatura spadała nawet kilkanaście stopni poniżej zera i cała woda ponownie zamarzała, tworząc warstwę cienkiego lodu na gołych gałęziach oraz roślinach.
Zimny powiew przyjemnie zmierzwił jego sierść, kiedy wyszedł na polanę. Westchnął ciężko, czując niespodziewaną ulgę w okolicach rozpalonego karku, a potem potknął się i przewrócił. Spróbował wstać, jednak łapy odmówiły posłuszeństwa. Zaskamlał cicho, opadł na bok, zaczął głośno sapać. Z otwartego pyska unosiły się kłęby białej pary.
Do jego uszu docierały niepokojące dźwięki nocy, jakie można było usłyszeć wyłącznie w lesie.
Bał się. Został sam, zupełnie sam, bez sił i bez nadziei. Już nigdy nie zobaczy innego wilka. Nie zawyje ze stadem, rzucając w ten sposób wyzwanie bezkresnej ciemności. Nie poczuje ciepła bijącego ze zgromadzonych w pobliżu ciał. Nie zobaczy alfy, pięknej i inteligentnej, która czasami przychodziła mu z pomocą, jak tego dnia – z litości czy dla własnego interesu? To nie miało znaczenia.
Spojrzał w niebo. Księżyc wisiał nisko nad linią lasu, a jego blask odbijał się od lodu tworząc dziwne, tajemnicze rozbłyski oraz cienie, które zdawały się żyć własnym życiem, niezależnie od praw rządzących światem.
Nagle do jego nozdrzy doleciał przyjemny zapach, który kojarzył się z ludzkim domostwem. To oznaczało jedzenie.
Ale człowiek oznacza również niebezpieczeństwo.
Mimo wszystko, ten dom stanowił ostatnią nadzieję omegi.
Poczuł, jak w jego wnętrzu buzuje krew, jakaś pierwotna siła, wola walki, zapisana we wszystkich wilczych genach. Zacisnął szczęki, napiął wszystkie mięśnie, a potem dźwignął wychudzone ciało i tym razem się podniósł. Drżał, ale jego instynkt przetrwania pozostawał silny. Dlatego, krok za krokiem, parł do przodu. W kierunku, z którego dobiegała słodka woń.
Naprzód, łapa za łapą. Trzask zmarzniętego podłoża pozwala zachować rytm kroków.
Chwieje się i przez jedną krótką chwilę wydaje mu się, że to już koniec, że nie wstanie kolejny raz. Lód pokryje jego sierść, a potem przesunie się niżej, w stronę ciała, przywierając do skóry. Zabierze ostatni oddech i już go nie będzie. Ale nic takiego się nie dzieje. Idzie dalej.
Do przodu, krok za krokiem. Wpatruje się w ziemię, nic nie mąci jego uwagi. Straszne odgłosy stały się nieistotnym tłem, nie słyszy ich. Nie myśli już o tym, że opuścił stado. Ważne są tylko kolejne przebyte metry i nagroda, która czeka na niego u kresu drogi.
To już niedaleko.
*
Omega zatrzymuje się przy drewnianej chatce. Spogląda na nią spomiędzy gęstych gałęzi cisu. Odchyla łeb i wciąga powietrze – czuje ogień, zapach płonącego drewna i węgla. Zwilża delikatnie nos językiem i bierze kolejny wdech. Tym razem dociera do niego woń drobiu oraz bydła, a także wiekowego człowieka, kobiety.
Nie ma nic więcej.
Spogląda na domek tonący w ciemnościach.
Dziwne.
Zna to miejsce. Stado omijało je z daleka, bo staruszka często gościła młodego mężczyznę, który potrafił bardzo dobrze obchodzić się z bronią. Co więcej, zawsze było tutaj jasno, a blask bijący ze wszystkich otworów nie pozwalał podejść bliżej.
Tym razem jednak omega może zapolować. Zrobiłby to niezależnie od okoliczności, ale najwyraźniej los mu sprzyja.
Wyszedł z krzaków i zamarł, stojąc zupełnie na widoku. Czekał. Chciał sprawdzić, czy coś się wydarzy, ale nie. Zwierzęta milczały. Człowiek mieszkający w środku najwyraźniej spał.
Ruszył znowu, na tył chatki, gdzie drewniane zmurszałe belki otaczały podwórko w sposób tak bardzo niechlujny, że żadne zwierzę nie miałoby problemu z ich ominięciem. Omega bez problemu przeszedł przez jedną z dziur, uważając przy tym, aby nic nie dotknęło rany na karku.
Na wspomnienie ataku bety przeszedł go nieprzyjemny dreszcz.
Ziemia na podwórku była wydeptana i twarda od zimna, ale wyglądało na to, że już dawno nikogo tutaj nie było. Obwąchał podłoże – ślady dzikich zwierząt wydawały się odległe, zatarte. Nie potrafił nawet dokładnie określić, kiedy powstały. Natomiast człowieka nie poczuł wcale, a to oznaczało, że ani kury, ani krowa nie dostały jedzenia od co najmniej kilku dni.
To tylko ułatwi polowanie.
Poczuł nagły przypływ sił, ból w karku nieco się zmniejszył, a w uszach zaszumiała krew. W obecnej sytuacji szanse na przetrwanie znacząco wzrosły, a to oznaczało, że potrafi sobie poradzić sam. Skoro tak, być może z czasem okaże się wystarczająco silny, aby założyć własne stado? Nie byłby na tyle głupi, żeby rzucić wyzwanie tym, których opuścił. Ale w nowej grupie mógłby żyć spokojnie, bez strachu, bez bólu. Bezpiecznie.
Ruszył w stronę kurnika, z początku ostrożnie, potem coraz szybciej. Nic nie wskazywało na to, że kury go wyczuły. To nie było normalne, ale on był głodny i zmęczony. Musiał coś zjeść, potem odpocząć. Nie miał czasu zastanawiać się nad niczym innym.
Gdy wreszcie wsadził łeb do środka przez niewielki otwór, okazało się, że z mieszkańców zostały tylko kości oraz resztka piór. Węszył delikatnie, próbując zrozumieć, co tutaj zaszło, ale nie wyczuł nic szczególnego. Zwierzęta zostały po prostu zjedzone. Człowiek ich nie karmił, zatem osłabły. Być może nawet już nie żyły, kiedy na miejsce przybyły lisy.
Ubiegły go! Poczuł ukłucie gniewu. Wysunął głowę z kurnika i kichnął cicho, bo kurz dostał się do jego nozdrzy, nieprzyjemnie łaskocząc i przeszkadzając w pracy.
Odwrócił się w stronę stodoły. Jej drzwi zostały wyrwane, jakby jakaś siła rozerwała je od środka. Widać było wyraźne wgłębienia po uderzeniu.
Sierść na jego grzbiecie stanęła dęba, lekko się zgarbił.
Był gotowy do walki.
Blady księżyc rozświetlał słabo ciemność, dostając się do środka przez niewielkie dziury znajdujące się w starym drewnie, wygryzione przez czas.
Najpierw usłyszał głośne, nieregularne oddechy. Potem zobaczył kształt malujący się na tle drewnianej ściany – wychudzona krowa leżała na boku i nie ruszała się. Woń mleka tryskającego samoistnie ze strzyków mieszała się z zapachem odchodów, tworząc nieprzyjemnie słodką mieszankę.
Krowa umierała. Musiała bardzo cierpieć, ale to zaraz się skończy.
Nawet go nie wyczuła, kiedy zbliżył się, ostrożnie stawiając kroki. Sapnęła cicho, gdy przegryzał jej szyję i wierzgnęła mocno racicami. A potem zostało tylko truchło, jego zdobycz. W końcu mógł się posilić.
Rozszarpywał skórę i mięśnie z jej grzbietu oraz zadu. Ciepła posoka rozgrzewała wychłodzone ciało, dodawała mu sił. Wiedział już, że przeżyje tę noc. Kolejne też. A kiedy z jego zdobyczy już nic nie zostanie…
Spojrzał na ścianę, która przylegała do drewnianego domu, jakby mógł zobaczyć jego wnętrze.
Zlizał krew z pyska, zwinął się w kłębek na wysokim stogu siana i zapadł w spokojny sen.
*
Po dwóch tygodniach zrobiło się cieplej i truchło krowy zaczęło gnić. Zapach był już tak silny, że omega nie mógł go znieść. Musiał opuścić stodołę. Dziwił się jednak, że przez cały ten czas nie widział człowieka. Czasami słyszał niepewne kroki, ciche szuranie, jakieś postukiwanie. Słyszał też trzask ognia charakterystyczny dla płonącego drewna, ale ani razu nie zobaczył blasku sztucznego światła, które wydawało mu się straszne i nienaturalne, tak bardzo charakterystyczne dla tego dwunożnego gatunku. Nikt również nie przyszedł w odwiedziny.
Musiał wyruszyć w dalszą drogę, ale zanim to zrobi, chciał się ten jeden raz posilić. Dlatego nocą zakradł się do drzwi. Podrapał je, ale nic się nie stało. Próbował pchnąć, napierając głową – poruszyły się lekko, zazgrzytały, jednak pozostały zamknięte.
Omega warknął złowrogo, gardłowo, a dźwięk rozszedł się echem po lesie. Potem rozpędził się i mocno uderzył.
Drzwi stanęły otworem.
Wszedł do środka i omiótł wzrokiem pomieszczenie. Krótki, ciemny korytarz zaprowadził go do pokoju rozświetlonego ledwie żarzącymi się kawałkami drewna, otoczonymi warstwą starego popiołu. Przy palenisku siedziała kobieta. Bujała się w fotelu, zawinęła wątłe ciało w gruby koc pachnący owczą wełną. I było coś jeszcze. Kolejna woń, działająca na niego niczym najsilniejszy bodziec.
Woń śmierci.
Podszedł do niej ostrożnie, zataczając szeroki łuk, ale miał pewność, że staruszka nie zareaguje. Kiedy zatrzymał się w bezpiecznej odległości, zobaczył nieznaczny ruch. Człowiek uchylił powieki i spojrzał prosto na niego. Poruszył ustami, jakby chciał coś powiedzieć, ale z gardła wydobył się tylko dziwny, niepokojący skrzek.
Oblizał nos, wziął głęboki wdech. Docierało do niego coraz więcej zapachów. Z dymu wyłaniał się zapach odchodów, a także odór zgnilizny biegnący od strony kuchni. Cały dom był przesiąknięty starością, chorobą.
Patrzył na kobietę i przez chwilę poczuł nawet coś na kształt współczucia. Ona też została porzucona przez stado. Została sama, ale chyba nie dokonała wyboru. To oni wybrali za nią.
On miał szczęście. Kły i pazury pozwalały mu polować, a gruba sierść chroniła przed zimnem. Ona nie miała kłów, pazurów ani sierści, tylko rozpadającą się drewnianą chatkę. Sztuczne światło przestało działać, więc jedzenie zgniło, a woda zamarzła. Stare kości odmówiły posłuszeństwa, a ogień w palenisku w końcu się wypalił, pozostawiając po sobie ledwie łunę dawnego blasku. Teraz nie mogła już dorzucić drewna. Nie mogła się przed nim bronić ani krzyknąć, zawołać o pomoc.
Teraz to on był silny. A ona słaba.
Obnażył kły, przypadł do ziemi i skoczył na nią, bez problemu zrzucając wątłe ciało z fotela.
Pierwszy raz próbował mięsa człowieka – to było żylaste, trochę bez wyrazu. Miał jednak niejasne przeczucie, że w najbliższym czasie będzie je jadł coraz częściej.

Komentarze
Prześlij komentarz